Proszę, Camillo, zabij mi szwagra - rozmowa z Camillą Läckberg
23.06.2015 01:01
Moja saga może liczyć góra 500 tomów. Bo moje miasteczko liczy tysiąc mieszkańców, a w każdej powieści są co najmniej dwa trupy - mówi szwedzka królowa list bestsellerów specjalnie dla "Książek. Magazynu do Czytania".
Przyszła na świat w niewielkim
mieście Fjällbacka na pograniczu szwedzko-norweskim. Skończyła
ekonomię w Göteborgu i przeniosła się do Sztokholmu do pracy w
firmach konsultingowych. Nie przepadała za tą robotą.
Kurs pisania kryminałów, który zafundowała jej rodzina, zaowocował powieścią "Księżniczka z lodu" (2003). Jej bohaterowie towarzyszą nam już przez dziewięć kolejnych powieści z bestsellerowego cyklu Läckberg. Jej bohaterami są pisarka Erica Falck (która, jak mówi pisarka, w połowie składa się z niej, a reszta to miks jej znajomych) i jej mąż policjant Patrik Hedström. Oboje stawiają czoła dwóm głównym zagrożeniom czyhającym na mieszkańców Fjällbacka. Jednym są seryjni mordercy, dziwnie często pojawiający się właśnie w tej okolicy. Drugim zaś jest arogancki i niekompetentny Bertil Mellberg, szef miejscowej policji, utrapienie Patrika.
Książki Läckberg przetłumaczono na 33 języki i wydano w ponad 50 krajach. Bywa porównywana do Agathy Christie, ale w tym porównaniu nie chodzi o Herkulesa Poirot, tylko o pannę Marple, która rozwiązuje kryminalne zagadki fikcyjnego angielskiego miasteczka St. Mary Mead. Läckberg nie gorzej od królowej kryminału potrafi opisać duszną atmosferę miejscowości, w której każdy każdego zna.
Läckberg przyjęła mnie w Gamla Enskede, sennym przedmieściu Sztokholmu. Przyjechała swoim ukochanym samochodem: mini pomalowanym na zamówienie w deseń przypominający cętkowaną skórę drapieżnej kocicy. Że to nie kocur, świadczą detale takie jak różowe lusterka.
Pretekstem do spotkania jest najnowsza książka "Pogromca lwów", w której jest wszystko, czego oczekujemy po prozie Läckberg: dziwne zbrodnie, rodziny skrywające mroczne tajemnice, flashbacki sięgające lat 60. i oczywiście śledztwo nadzorowane przez niezbyt lotnego Mellberga - który nie złapałby nawet muchy bez pomocy pisarki Eriki Falck (oraz jej męża policjanta - ale w takiej właśnie kolejności). Dodatkowym smaczkiem jest wątek polski - "pogromcą lwów" jest Polak imieniem Vladek. Niezbyt sympatyczny, ale cóż, to w końcu powieść Läckberg - tu nie ma miejsca na miłych ludzi.
Kurs pisania kryminałów, który zafundowała jej rodzina, zaowocował powieścią "Księżniczka z lodu" (2003). Jej bohaterowie towarzyszą nam już przez dziewięć kolejnych powieści z bestsellerowego cyklu Läckberg. Jej bohaterami są pisarka Erica Falck (która, jak mówi pisarka, w połowie składa się z niej, a reszta to miks jej znajomych) i jej mąż policjant Patrik Hedström. Oboje stawiają czoła dwóm głównym zagrożeniom czyhającym na mieszkańców Fjällbacka. Jednym są seryjni mordercy, dziwnie często pojawiający się właśnie w tej okolicy. Drugim zaś jest arogancki i niekompetentny Bertil Mellberg, szef miejscowej policji, utrapienie Patrika.
Książki Läckberg przetłumaczono na 33 języki i wydano w ponad 50 krajach. Bywa porównywana do Agathy Christie, ale w tym porównaniu nie chodzi o Herkulesa Poirot, tylko o pannę Marple, która rozwiązuje kryminalne zagadki fikcyjnego angielskiego miasteczka St. Mary Mead. Läckberg nie gorzej od królowej kryminału potrafi opisać duszną atmosferę miejscowości, w której każdy każdego zna.
Läckberg przyjęła mnie w Gamla Enskede, sennym przedmieściu Sztokholmu. Przyjechała swoim ukochanym samochodem: mini pomalowanym na zamówienie w deseń przypominający cętkowaną skórę drapieżnej kocicy. Że to nie kocur, świadczą detale takie jak różowe lusterka.
Pretekstem do spotkania jest najnowsza książka "Pogromca lwów", w której jest wszystko, czego oczekujemy po prozie Läckberg: dziwne zbrodnie, rodziny skrywające mroczne tajemnice, flashbacki sięgające lat 60. i oczywiście śledztwo nadzorowane przez niezbyt lotnego Mellberga - który nie złapałby nawet muchy bez pomocy pisarki Eriki Falck (oraz jej męża policjanta - ale w takiej właśnie kolejności). Dodatkowym smaczkiem jest wątek polski - "pogromcą lwów" jest Polak imieniem Vladek. Niezbyt sympatyczny, ale cóż, to w końcu powieść Läckberg - tu nie ma miejsca na miłych ludzi.
Rozmowa z Camillą Läckberg
Wojciech Orliński: W Polsce pewien pisarz umieścił niedawno akcję kryminału w małym miasteczku i niemal stał się tam persona non grata. Pani jeszcze jest bezpieczna w Fjällbacka po opisaniu tego miasta jako siedliska zbrodni?
Camilla Läckberg: Wszyscy podchodzą tam do tego entuzjastycznie! Przecież moje powieści przyciągają do miasteczka turystów z całego świata, miejscowi chętnie oprowadzają ich po miejscach, w których odnaleziono zwłoki w różnych moich powieściach. Ciągle się spotykam z prośbami typu: "Czy możesz umieścić jakiegoś trupa w moim ogródku?" albo: "Proszę, zabij mojego szwagra". Czasami spełniam te prośby, np. w mojej czwartej książce pewien kierowca śmieciarki imieniem Leif odnajduje zwłoki dziewczyny w swojej ciężarówce - Leif jest prawdziwą postacią, zwłoki oczywiście są fikcyjne.
Ale opisuje pani nieudolnych lokalnych polityków albo tego kretyna, szefa policji Mellberga. Przecież jacyś ludzie są ich odpowiednikami - nie obrazili się?
- Bardzo uważam, żeby nie urazić nikogo konkretnego. Gdy pojawia się u mnie niekompetentny polityk, inni politycy chętnie się zgodzą, że znają kogoś takiego, ale żaden nie zobaczy w nim siebie, więc nikt się nie obrazi. Podobnie jest z Bertilem Mellbergiem.
Inna sprawa, że gdy wyszła moja pierwsza powieść "Księżniczka z lodu", dostałam mnóstwo listów od policjantów z całej Szwecji pytających: "Skąd znasz mojego szefa? Mellberg to on, prawda?". Przeraziłam się. Naprawdę są tacy policjanci? Czy mój kraj jest w rękach Mellbergów?
Ponieważ zwykle sympatyzuję z negatywnymi postaciami, mam swoją teorię na temat Mellberga - że on wcale nie jest takim złym gliną. To wszystko punkt widzenia Patrika, który go po prostu nie lubi i stronniczo go opisuje.
- Kto wie? Mellberg to postać pełna zagadek, zaskakuje nawet mnie. Wymyśliłam go jako stereotypowego "złego policjanta". Jest głupi, egoistyczny, nie dostrzega oczywistych tropów, nie pozwala podwładnym na samodzielność. W kolejnych tomach zaczęłam ku swojemu zaskoczeniu odkrywać jego dobre cechy. I od pewnego czasu nawet go lubię.
Mellberg musi się dać lubić, bo inaczej nie da się wyjaśnić, dlaczego do dzisiaj nikt go nie wyrzucił z roboty.
- Policjanta w Szwecji nie tak łatwo wyrzucić, więc takie problemy rozwiązuje się przez kopniaka w górę. Mellberga chcieli się pozbyć w Göteborgu, więc dali mu kierownicze stanowisko w Tanumshede, żeby to oficjalnie się nazywało awansem...
W swoich powieściach potępia pani modele wychowawcze popularne w przeszłości w Szwecji - okrutną "czarną pedagogikę" i jej przeciwieństwo, leseferyzm czasów hipisowskich. Jedno i drugie okazuje się receptą na wychowanie seryjnego mordercy.
- Każda rodzina skrywa w sobie jakiś dramat, mniejszy albo większy. Nie znam dosłownie nikogo, kto by nie miał jakichś komplikacji związanych z rodzinną przeszłością. Jako pisarka skupiam się na tych rodzinnych mikrodramatach, makrodramaty typu terroryzm czy szpiegostwo zostawiając autorom klasycznych thrillerów.
Zwykłe ludzkie życie jest pełne dramatów. Ślub to dramat, a potem rozwód to kolejny dramat. Wychowywanie dzieci to wielki epicki megadramat. Myślę, że stąd właśnie popularność moich książek. Inni pisarze wymyślają lepsze intrygi kryminalne, nie mam co do tego wątpliwości. Ale ja dodaję do tego dramaty zrozumiałe dla każdego. Czy Erica i Patrik ułożą sobie życie? Czy Erica dogada się z siostrą? Jak sobie oboje poradzą z teściami? Jak będą wychowywać dzieci? Jestem dobrym obserwatorem życia codziennego - podglądam swoje życie, życie innych ludzi, więc czytelnik mojej książki myśli: "Och, tak właśnie wyglądał mój zeszły piątek".
Dajmy na to: poranne ubieranie trzylatka. Dziecko rano potrafi być jak wymachująca mackami ośmiornica. Ty już masz na sobie ubranie, więc ociekasz potem, a dziecko nie pozwala sobie założyć butów. Kto ma dzieci, ten to zna. Inny pisarz napisałby, powiedzmy: "Erica zawiozła dzieci do przedszkola i zaczęła śledztwo", ja najpierw opiszę tę walkę z trzyletnią ośmiornicą. To moja specjalność.
Statystycznie rzecz biorąc, dom rodzinny to najbardziej niebezpieczne miejsce. To tutaj popełnia się większość morderstw. Przynajmniej w Szwecji. Zabójcą rzadko jest całkowicie obca osoba. To najczęściej krewny.
Wojciech Orliński: W Polsce pewien pisarz umieścił niedawno akcję kryminału w małym miasteczku i niemal stał się tam persona non grata. Pani jeszcze jest bezpieczna w Fjällbacka po opisaniu tego miasta jako siedliska zbrodni?
Camilla Läckberg: Wszyscy podchodzą tam do tego entuzjastycznie! Przecież moje powieści przyciągają do miasteczka turystów z całego świata, miejscowi chętnie oprowadzają ich po miejscach, w których odnaleziono zwłoki w różnych moich powieściach. Ciągle się spotykam z prośbami typu: "Czy możesz umieścić jakiegoś trupa w moim ogródku?" albo: "Proszę, zabij mojego szwagra". Czasami spełniam te prośby, np. w mojej czwartej książce pewien kierowca śmieciarki imieniem Leif odnajduje zwłoki dziewczyny w swojej ciężarówce - Leif jest prawdziwą postacią, zwłoki oczywiście są fikcyjne.
Ale opisuje pani nieudolnych lokalnych polityków albo tego kretyna, szefa policji Mellberga. Przecież jacyś ludzie są ich odpowiednikami - nie obrazili się?
- Bardzo uważam, żeby nie urazić nikogo konkretnego. Gdy pojawia się u mnie niekompetentny polityk, inni politycy chętnie się zgodzą, że znają kogoś takiego, ale żaden nie zobaczy w nim siebie, więc nikt się nie obrazi. Podobnie jest z Bertilem Mellbergiem.
Inna sprawa, że gdy wyszła moja pierwsza powieść "Księżniczka z lodu", dostałam mnóstwo listów od policjantów z całej Szwecji pytających: "Skąd znasz mojego szefa? Mellberg to on, prawda?". Przeraziłam się. Naprawdę są tacy policjanci? Czy mój kraj jest w rękach Mellbergów?
Ponieważ zwykle sympatyzuję z negatywnymi postaciami, mam swoją teorię na temat Mellberga - że on wcale nie jest takim złym gliną. To wszystko punkt widzenia Patrika, który go po prostu nie lubi i stronniczo go opisuje.
- Kto wie? Mellberg to postać pełna zagadek, zaskakuje nawet mnie. Wymyśliłam go jako stereotypowego "złego policjanta". Jest głupi, egoistyczny, nie dostrzega oczywistych tropów, nie pozwala podwładnym na samodzielność. W kolejnych tomach zaczęłam ku swojemu zaskoczeniu odkrywać jego dobre cechy. I od pewnego czasu nawet go lubię.
Mellberg musi się dać lubić, bo inaczej nie da się wyjaśnić, dlaczego do dzisiaj nikt go nie wyrzucił z roboty.
- Policjanta w Szwecji nie tak łatwo wyrzucić, więc takie problemy rozwiązuje się przez kopniaka w górę. Mellberga chcieli się pozbyć w Göteborgu, więc dali mu kierownicze stanowisko w Tanumshede, żeby to oficjalnie się nazywało awansem...
W swoich powieściach potępia pani modele wychowawcze popularne w przeszłości w Szwecji - okrutną "czarną pedagogikę" i jej przeciwieństwo, leseferyzm czasów hipisowskich. Jedno i drugie okazuje się receptą na wychowanie seryjnego mordercy.
- Każda rodzina skrywa w sobie jakiś dramat, mniejszy albo większy. Nie znam dosłownie nikogo, kto by nie miał jakichś komplikacji związanych z rodzinną przeszłością. Jako pisarka skupiam się na tych rodzinnych mikrodramatach, makrodramaty typu terroryzm czy szpiegostwo zostawiając autorom klasycznych thrillerów.
Zwykłe ludzkie życie jest pełne dramatów. Ślub to dramat, a potem rozwód to kolejny dramat. Wychowywanie dzieci to wielki epicki megadramat. Myślę, że stąd właśnie popularność moich książek. Inni pisarze wymyślają lepsze intrygi kryminalne, nie mam co do tego wątpliwości. Ale ja dodaję do tego dramaty zrozumiałe dla każdego. Czy Erica i Patrik ułożą sobie życie? Czy Erica dogada się z siostrą? Jak sobie oboje poradzą z teściami? Jak będą wychowywać dzieci? Jestem dobrym obserwatorem życia codziennego - podglądam swoje życie, życie innych ludzi, więc czytelnik mojej książki myśli: "Och, tak właśnie wyglądał mój zeszły piątek".
Dajmy na to: poranne ubieranie trzylatka. Dziecko rano potrafi być jak wymachująca mackami ośmiornica. Ty już masz na sobie ubranie, więc ociekasz potem, a dziecko nie pozwala sobie założyć butów. Kto ma dzieci, ten to zna. Inny pisarz napisałby, powiedzmy: "Erica zawiozła dzieci do przedszkola i zaczęła śledztwo", ja najpierw opiszę tę walkę z trzyletnią ośmiornicą. To moja specjalność.
Statystycznie rzecz biorąc, dom rodzinny to najbardziej niebezpieczne miejsce. To tutaj popełnia się większość morderstw. Przynajmniej w Szwecji. Zabójcą rzadko jest całkowicie obca osoba. To najczęściej krewny.
Inna sprawa, że gdy ktoś jest ofiarą morderstwa w pani powieści, to ma szczęście, jeśli go tylko pchnięto nożem.
- Och, bez przesady. Daleko mi do Jo Nesbo.
Jak to? W jednej z pierwszych powieści miała pani mordercę, który porywa ofiary, więzi je w lochu i przez tydzień systematycznie łamie im kości. Nesbo się może schować ze swoim mordowaniem wyrzynarką, u niego przynajmniej agonia trwa krócej.
- No tak, rzeczywiście, to było w "Kaznodziei". Ale takie motywy pojawiają się u mnie tylko wtedy, gdy to jest uzasadnione fabularnie. Sposób, w jaki ktoś dokonuje zbrodni, dużo mówi o motywach. A motyw jest dla mnie zawsze najciekawszy.
W tej konkretnie powieści zainspirowała mnie prawdziwa historia z USA, w której w jakimś małym miasteczku znikali nastoletni chłopcy. Wszyscy myśleli, że porywa ich jakiś pedofil. Okazało się, że zabójcą był człowiek, który oblał egzamin w szkole medycznej. Był wściekły, bo był przekonany, że jest materiałem na świetnego lekarza. Porywał więc małych chłopców, przywiązywał ich do stołu i łamał im kończyny, a potem je nastawiał i opatrywał, żeby udowodnić, że to potrafi. Człowiek, który robił coś tak niewyobrażalnie okrutnego, w swoim sumieniu był jednak przekonany, że czyni dobrze. Że to on jest ofiarą niesprawiedliwego świata. W "Kaznodziei" jest podobnie, tyle że motywację zmieniłam na religijną.
Fascynują mnie psychopaci, którzy nie mają zdolności odczuwania empatii. Statystyki mówią, że jest ich 0,5 proc. w populacji, więc praktycznie każdy zetknął się z kimś takim. Wśród zarządów korporacji to nawet jest 2 proc., bo tam brak empatii się przydaje, zwłaszcza kiedy masz zwolnić z pracy 2 tys. ludzi. Oni nauczyli się udawać empatię, bo wiedzą, że społeczeństwo tego od nich oczekuje. Jedyne, co ich powstrzymuje przed zbrodnią, to obawa przed konsekwencjami. Często opisuję takich właśnie zbrodniarzy.
Zaskoczyło mnie, że tak często w pani książkach pojawia się religia. Myślałem, że Szwecja jest bardziej zlaicyzowana.
- W prowincji Bohuslän, w której leży Fjällbacka, sto lat temu silny był ruch religijny nazywany schartaunizmem, od nazwiska popularnego w XIX w. kaznodziei Henrika Schartaua. Głosił radykalną, surową wersję luteranizmu. W Bohuslän te nauki były popularne, bo sto lat temu panowała tu bieda. Ludzie byli zależni od morza. Żona nigdy nie wiedziała, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy męża, gdy ten wypływał na połów. Wszystkim więc trafiała do przekonania filozofia, zgodnie z którą za cierpienia na tym świecie czeka nas nagroda po śmierci. Dlatego nie wypada w tym życiu śpiewać, tańczyć, pić ani w ogóle dobrze się bawić - trzeba cierpieć i czekać na nagrodę.
Ludzie przestali wierzyć w Boga, ale mentalność pozostała. Gdy dwóch mieszkańców Fjällbacka spotka się na ulicy i jeden spyta drugiego, co słychać, najgorsza gafa to odpowiedzieć: "W porządku". Trzeba powiedzieć: "Łupie mnie w krzyżu, rata kredytu poszła w górę, żona choruje, dzieci się nie słuchają". Dopiero potem ewentualnie można powiedzieć: "Poza tym wszystko gra, a co u ciebie?".
- Och, bez przesady. Daleko mi do Jo Nesbo.
Jak to? W jednej z pierwszych powieści miała pani mordercę, który porywa ofiary, więzi je w lochu i przez tydzień systematycznie łamie im kości. Nesbo się może schować ze swoim mordowaniem wyrzynarką, u niego przynajmniej agonia trwa krócej.
- No tak, rzeczywiście, to było w "Kaznodziei". Ale takie motywy pojawiają się u mnie tylko wtedy, gdy to jest uzasadnione fabularnie. Sposób, w jaki ktoś dokonuje zbrodni, dużo mówi o motywach. A motyw jest dla mnie zawsze najciekawszy.
W tej konkretnie powieści zainspirowała mnie prawdziwa historia z USA, w której w jakimś małym miasteczku znikali nastoletni chłopcy. Wszyscy myśleli, że porywa ich jakiś pedofil. Okazało się, że zabójcą był człowiek, który oblał egzamin w szkole medycznej. Był wściekły, bo był przekonany, że jest materiałem na świetnego lekarza. Porywał więc małych chłopców, przywiązywał ich do stołu i łamał im kończyny, a potem je nastawiał i opatrywał, żeby udowodnić, że to potrafi. Człowiek, który robił coś tak niewyobrażalnie okrutnego, w swoim sumieniu był jednak przekonany, że czyni dobrze. Że to on jest ofiarą niesprawiedliwego świata. W "Kaznodziei" jest podobnie, tyle że motywację zmieniłam na religijną.
Fascynują mnie psychopaci, którzy nie mają zdolności odczuwania empatii. Statystyki mówią, że jest ich 0,5 proc. w populacji, więc praktycznie każdy zetknął się z kimś takim. Wśród zarządów korporacji to nawet jest 2 proc., bo tam brak empatii się przydaje, zwłaszcza kiedy masz zwolnić z pracy 2 tys. ludzi. Oni nauczyli się udawać empatię, bo wiedzą, że społeczeństwo tego od nich oczekuje. Jedyne, co ich powstrzymuje przed zbrodnią, to obawa przed konsekwencjami. Często opisuję takich właśnie zbrodniarzy.
Zaskoczyło mnie, że tak często w pani książkach pojawia się religia. Myślałem, że Szwecja jest bardziej zlaicyzowana.
- W prowincji Bohuslän, w której leży Fjällbacka, sto lat temu silny był ruch religijny nazywany schartaunizmem, od nazwiska popularnego w XIX w. kaznodziei Henrika Schartaua. Głosił radykalną, surową wersję luteranizmu. W Bohuslän te nauki były popularne, bo sto lat temu panowała tu bieda. Ludzie byli zależni od morza. Żona nigdy nie wiedziała, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy męża, gdy ten wypływał na połów. Wszystkim więc trafiała do przekonania filozofia, zgodnie z którą za cierpienia na tym świecie czeka nas nagroda po śmierci. Dlatego nie wypada w tym życiu śpiewać, tańczyć, pić ani w ogóle dobrze się bawić - trzeba cierpieć i czekać na nagrodę.
Ludzie przestali wierzyć w Boga, ale mentalność pozostała. Gdy dwóch mieszkańców Fjällbacka spotka się na ulicy i jeden spyta drugiego, co słychać, najgorsza gafa to odpowiedzieć: "W porządku". Trzeba powiedzieć: "Łupie mnie w krzyżu, rata kredytu poszła w górę, żona choruje, dzieci się nie słuchają". Dopiero potem ewentualnie można powiedzieć: "Poza tym wszystko gra, a co u ciebie?".

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz